Informacje o koronawirusie w Polsce


Jak codziennie około godziny 10:30 ministerstwo zdrowia publikuje na twitterze komunikat o tym ile odnotowano nowych zakażeń oraz zgonów spowodowanych koronawirusem w Polsce. Dzisiaj dane są zaskakująco pozytywne. Olbrzymi spadek liczby zakażonych.

Oto wpis ministerstwa:

Mamy 5 178 nowych i potwierdzonych przypadków zakażenia #koronawirus z województw:

mazowieckiego (824), warmińsko-mazurskiego (616), pomorskiego (404), kujawsko-pomorskiego (384), wielkopolskiego (379), łódzkiego (355), śląskiego (342), podkarpackiego (279), dolnośląskiego (258), lubelskiego (254), zachodniopomorskiego (245), małopolskiego (224), podlaskiego (198), lubuskiego (158), świętokrzyskiego (73), opolskiego (49).

136 zakażeń to dane bez wskazania adresu, które zostaną uzupełnione przez inspekcję sanitarną.

Z powodu COVID-19 zmarły 44 osoby, natomiast z powodu współistnienia COVID-19 z innymi schorzeniami zmarły 152 osoby. Liczba zakażonych koronawirusem: 1 596 673/41 028 (wszystkie pozytywne przypadki/w tym osoby zmarłe).

PRZEŁOMOWE ODKRYCIE! ŻYCIE NA MARSIE MOŻLIWE?!

Odkrycie badaczy z Uniwersytetu w Bremie sugeruje, że możemy hodować cyjanobakterie, aby wytwarzać tlen i paliwo dla innych form życia na Czerwonej Planecie. W czwartek sonda NASA ma wylądować na Marsie i rozpocząć poszukiwanie oznak obcego życia.

Na niemieckim Uniwersytecie w Bremie przeprowadzono ciekawy eksperyment. Próbowano tam hodować algi w warunkach, które przypominają te panujące na Czerwonej Planecie. Jak dobrze wiemy, skład atmosfery Marsa jest inny od ziemskiej. Badanie wykazało, że sinice były w stanie rosnąć.

Eksperyment pokazał, że cyjanobakterie są w stanie wykorzystywać gazy dostępne w marsjańskiej atmosferze jako źródło węgla i azotu. Co ważne, przy niższym ciśnieniu całkowitym. Efektem ubocznym jest wytwarzanie tlenu, za co te organizmy odpowiadają na Ziemi do tej pory.

Naukowcy odkryli, że wytrzymałe bakterie były w stanie rosnąć w bioreaktorach, które mogłyby być używane na powierzchni Marsa. Działałyby jak „szybkowary”, zwiększając bardzo niskie ciśnienie atmosferyczne na planecie i wykorzystywałyby tylko gleby bogate w składniki odżywcze, które można znaleźć na powierzchni.

Naukowcy sądzą, że tego typu drobnoustroje mogłyby pomóc ludzkości w życiu na Marsie. Oczywiście potrzeba dokładniejszych badań i optymalizacji procesów, które pozwoliłyby wykorzystać rozwiązanie w szerszej skali. Uczeni uważają jednak, że takie bioreaktory mają jak najbardziej sens.

Sonda ExoMars Trace Gas Orbiter, zwana również TGO i wysłana na Marsa przez Europejską Agencję Kosmiczną we współpracy z Roscosmosem, wykryła parę wodną w resztkach marsjańskiej atmosfery.

Naukowcy użyli instrumentu zamontowanego na pokładzie orbitera o nazwie NOMAD, aby przeanalizować obecność wody na Czerwonej Planecie. Natrafili m.in. na chlorowodór, który stanowi wskazówkę dotyczącą historii H2O na powierzchni Marsa.

MATKA PORZUCIŁA TRÓJKE DZIECI W LESIE NA MROZIE

33-letnia Rosjanka porzuciła troje swoich dzieci w lesie. Rodzeństwo zostało uratowane przez przechodnia, który wyprowadzał psa. Dzieci przeżyły, choć musiały przetrwać na kilkustopniowym mrozie całkowicie nago. W mediach pojawiły się też informacje, że dwoje z nich to dzieci znanego biznesmena z branży jubilerskiej. 

Rosyjskie media podają, że do zdarzenia doszło w piątek 12 lutego. 33-letnia Natalia wyszła z mieszkania wynajmowanego przez kochanka, zabierając ze sobą dzieci: roczne, 3-letnie oraz 11-letnie.

Kobieta pojechała do lasu w okręgu Nowomoskiewiskim. Tam miała rozebrać dzieci i zostawić ich ubrania w śniegu. Rodzeństwo zauważył mężczyzna, który wyszedł na spacer z psem.

 Kobieta rozebrała maluchy do naga i pozostawiła na śniegu, gdzie po około 20 minutach znalazł je przypadkowy przechodzień.

Według portalu Wirtualna Polska matkę zatrzymano na miejscu zdarzenia. Rosjanka była roztrzęsiona i agresywna. Ponadto kobieta miała zeznać, że uciekła z domu, bo ktoś dosypał jej coś do jedzenia. 

33-latka trafiła pod obserwację psychiatryczną, a jej dzieci do szpitala. Ich życiu na szczęście nie zagraża niebezpieczeństwo. 

NIE ŻYJE KSIĄDZ ANDRZEJ DYMER! ZARZUCANO MU PEDOFIIE.

Nie żyje ks. Andrzej Dymer, do niedawna dyrektor Instytutu Medycznego w Szczecinie, a wcześniej m.in. założyciel tamtejszego Katolickiego Liceum Ogólnokształcącego. Przeciwko niemu toczyły się postępowania cywilne i kanoniczne ws. wykorzystywania seksualnego nieletnich. Informację o śmierci ks. Dymera potwierdziła kuria szczecińsko-kamieńska.

„Po długiej chorobie zmarł ks. Andrzej Dymer, do niedawna dyrektor Instytutu Medycznego w Szczecinie, a wcześniej m.in. założyciel Katolickiego Liceum Ogólnokształcącego w tym mieście” – informuje katolicka agencja.

O molestowaniu nieletnich przez księdza Dymera szczecińscy biskupi mieli wiedzieć od 1995 roku. Śledztwo w tej sprawie wszczęto jednak dopiero po publikacji „Gazety Wyborczej”. W kwietniu 2008 roku duchowny został skazany przez sąd kościelny, jednak się odwołał, a ostateczny wyrok w jego sprawie nie zapadł do dnia dzisiejszego.

W 2008 roku kościelny trybunał skazał księdza Dymera za molestowanie seksualne wychowanków, ale ten złożył apelację. Treść wyroku kościelnego trybunału była poufna – nie znali jej nawet pokrzywdzeniu (ujawnił ją dopiero w listopadzie 2020 kwartalnik „Więź”). Wciąż nie ma ostatecznego wyroku instytucji kościelnych w tej sprawie. Żaden wyrok nie zapadł też przed sądami świeckimi, bo przestępstwa zdążyły się przedawnić. 

W poniedziałek w programie „Czarno na białym” w TVN24 o swoich kontaktach z ks. Dymerem opowiedział m.in. o. Tarsycjusz Krasucki, który w wieku 16 lat trafił do ogniska św. Brata Alberta. Z reportażu „Czarno na białym” wynika, że duchowny cieszył się szacunkiem hierarchów m.in. z powodu swoich talentów biznesowych – specjalizował się m.in. w przejmowaniu nieruchomości i gruntów.

„Uważam, że niesłychana przewlekłość kościelnych procedur w sprawie ks. Andrzeja Dymera oraz brak odpowiedniego traktowania osób skrzywdzonych na wielu etapach tego postępowania, nie mają żadnego usprawiedliwienia” – napisał w poniedziałkowym oświadczeniu w reakcji na medialne doniesienia abp Wojciech Polak, Prymas Polski oraz delegat Konferencji Episkopatu Polski ds. ochrony dzieci i młodzieży.

Metropolita potwierdził, że w czerwcu 2019 r. spotkał się dwiema osobami skrzywdzonymi przez ks. Dymera, którym towarzyszył o. Marcin Mogielski OP i dwóch prawników. Polak zaznaczył, że wcześniej wiedział o sprawie „niewiele” i opierał się jedynie na przekazach medialnych.

WYBUCH EPIDEMI EBOLI W GWINEI!

Gwinea oficjalnie ogłosiła wybuch epidemii wirusa Ebola w tym kraju, po tym jak co najmniej trzy osoby zmarły po zakażeniu wirusem Ebola, a cztery inne zostały zakażone – informuje AP.

Wirus Ebola pojawił się obecnie w mieście N’Zerekore, w południowej Gwinei, gdzie zakażenia wykryto u osób uczestniczących w pogrzebie pielęgniarki w Gouake – poinformował minister zdrowia Gwinei, Remy Lamah.

„Rząd zapewnia obywateli, że wszystkie środki zostały podjęte, aby stłumić tę epidemię tak szybko, jak to możliwe” – głosi komunikat wydany przez Ministerstwo Zdrowia. Resort zdrowia wzywa mieszkańców kraju do stosowania się do zasad higieny i prewencji antywirusowej.

Jak pisze agencja AP, „tradycyjne pogrzeby, podczas których ludzie myją i dotykają ciała zmarłych, ułatwiają rozprzestrzenianie się wirusa ebola. Zwykle przenosi się on na ludzi od zakażonych zwierząt, takich jak nietoperze, a następnie rozprzestrzenia się między ludźmi poprzez bezpośredni kontakt z płynami ustrojowymi”.

Największa epidemia tego wirusa miała miejsce w Afryce Zachodniej w latach 2013–2016, kiedy to ponad 11 tys. 300 osób zmarło w Gwinei, Liberii i Sierra Leone.

Obecnie istnieją dwie eksperymentalne szczepionki na ebolę. Jedna z nich, stosowania w DRK w 2019 r., nosi nazwę mAb114 i została opracowana w Stanach Zjednoczonych. W tym celu wykorzystano przeciwciała uzyskane od osoby, która przeżyła epidemię z 1995 r. w mieście Kikwit na zachodzie kraju. Podczas testów na małpach terapia dała 100-procentową skuteczność.

WYPADEK RZĄDOWEGO SAMOCHODU!

Informację o wypadku potwierdziła Monika Nawrat z sekcji prasowej Komendy Stołecznej Policji. – Zgłoszenie otrzymaliśmy o godzinie 13:08. Na skrzyżowaniu ulic Wołoskiej z Madalińskiego zderzyły się trzy pojazdy – skoda, mercedes oraz volvo. Ranne zostały trzy osoby.

Straż pożarna informowała z kolei o poszkodowanych. – W zdarzeniu brał udział mercedes i skoda. W skodzie znajdował się nieprzytomny kierowca, który został ewakuowany z auta przez strażaków i przekazany pogotowiu ratunkowemu. Mercedesem podróżowały dwie osoby, które znajdują się pod opieką pogotowia, na obserwacji – podaje Michał Konopka ze stołecznej straży pożarnej.

Zderzenia auta SOP potwierdził również rzecznik formacji. – Nasi funkcjonariusze udzielali pomocy przedmedycznej pasażerom z drugiego auta. Karetka zabrała jedną z tych osób do szpitala. Na miejscu trwają czynności policyjne. Okoliczności wypadku będą wyjaśnienie – mówi rzecznik prasowy Komendanta SOP-u ppłk Bogusław Piórkowski.

Wołoska w kierunku Ursynowa była zablokowana. Na objazdy kierowane były autobusy linii 138 i 168.

Duża zmiana dla Polaków podróżujących do Litwy

Polacy, którzy planują podróż na Litwę, będą musieli przedstawić wypełnioną ankietę litewskiego Narodowego Centrum Zdrowia Publicznego oraz negatywny wynik testu na koronawirusa wykonanego najpóźniej 48 godzin przed przyjazdem.

Wszyscy przyjeżdżający zostali zobowiązani także do odbycia obowiązkowej, dziesięciodniowej samoizolacji. Zaostrzone kontrole obowiązują także we wszystkich portach lotniczych i w porcie morskim. Warunki muszą spełnić turyści z 200 krajów, w tym Polski.

Nowe rozporządzenie w sprawie obostrzeń będzie obowiązywało od środy 17 lutego. Kontrole na granicy polsko-litewskiej rozpoczną się o godzinie 7:00 naszego czasu. Decyzję ogłoszono podczas konferencji prasowej, która odbyła się w Wilnie.

Z informacji przekazanych przez Departament Statystyki wynika, że w ciągu ostatniej doby odnotowano na Litwie 203 nowe przypadki zakażenia koronawirusem. Na COVID-19 i związane z nim powikłania zmarło z kolei kolejne osiem osób.

źródło Pikio.pl

Andrzej Duda opowiedział miłosną historię z pierwszą damą

Andrzej Duda przyznał, jak zaczęła się jego przygoda miłosna z pierwszą damą. Para prezydencka o swojej miłości wspominała już nie raz. Z okazji walentynek warto ją przypomnieć. Nie od razu między nami zaiskrzyło – wyznała głowa państwa kilka lat temu dla Super Expressu.

– Poznałem Agatę w trzeciej klasie liceum na imprezie. Chodziliśmy do konkurujących ze sobą szkół. Nie od razu między nami zaiskrzyło. Nasz związek wykluwał się powoli. Jesienią 1990 roku zostaliśmy parą – opowiadał przezydent.

– Pojechaliśmy do Holandii, a później przez Niemcy, Austrię do Włoch. To była spontaniczna podróż, praktycznie bez pieniędzy. Codziennie jedliśmy chleb z nutellą. Od tamtej pory nie chce jej na oczy widzieć… – powiedział Andrzej Duda 

Para prezydencka wzięła ślub kościelny w okolicach walentynek, czyli święta zakochanych. Pobrali się 18 lutego 1994 roku, a więc już niedługo będą obchodzić kolejną rocznicę ślubu.

Prezydent udzielił kilku rad dla wszystkich młodych zakochanych

Powiedział, że trzeba się bardzo starać wobec drugiej osoby. Dodał, że należy o niej pamiętać i „wychodzić naprzeciwko z różnymi sprawami, starać się sprawić przyjemność przynajmniej od czasu do czasu”.

– A samemu trzeba być wyrozumiałym, mądrze wyrozumiałym, żeby, jak to się mówi, głupio się nie czepiać swojej ukochanej, swojego ukochanego – doradzał.

760 złotych do odzyskania, chodzi o opłaty za internet

Nawet 760 zł może odliczyć jedna osoba od dochodu z tytułu użytkowania internetu. To oznacza, że małżeństwo odliczy aż 1520 zł. Ulga na internet przysługuje tylko dwa razy i to w kolejno następujących po sobie latach.

Jest to o tyle zastanawiające, że możemy odzyskać sporo pieniędzy. Na jednego podatnika przypada maksymalnie 760 złotych, które może odliczyć z tytułu użytkowania internetu. Co ciekawe, w małżeństwach limit nie jest wspólny – każdy może liczyć na 760 zł. Oznacza to nawet ulgę 1520 zł dla małżeństw.

Trzeba też pamiętać, że ulga przysługuje wyłącznie w dwóch kolejno po sobie następujących latach podatkowych. Jeśli więc skorzystamy z niej w tym roku, należy zrobić to także w przyszłym. To ważna informacja dla osób, które odliczyły ulgę w PIT za 2019 rok. W tym roku również powinny z niej skorzystać, inaczej prawo do niej przepadnie.

Ulga internetowa odliczana jest od: dochodu – przez podatnika opodatkowanego według skali podatkowej (uzyskującego np. dochody z pracy, umowy zlecenia, działalności gospodarczej opodatkowanej na zasadach ogólnych) lub od przychodu – przez podatnika opodatkowanego zryczałtowanym podatkiem dochodowym od przychodów ewidencjonowanych (uzyskującego przychody z najmu prywatnego, z działalności gospodarczej bądź ze sprzedaży przetworzonych w sposób inny niż przemysłowy produktów roślinnych i zwierzęcych pochodzących z własnej uprawy, hodowli lub chowu opodatkowane ryczałtem).

Z ulgi internetowej mogą skorzystać osoby, które wydatki z tytułu użytkowania internetu nie zaliczyły do kosztów uzyskania przychodów.

KORONAWIRUS ZOSTANIE Z NAMI NA ZAWSZE?

Taką tezę stawia część naukowców, widząc, jak koronawirus mutuje. Ich zdaniem szczepionki będą zapobiegać zgonom i ciężkim przebiegom choroby, ale nie przed zakażeniem w ogóle.

„Teraz wydaje się bardziej prawdopodobne, że koronawirus zostanie”, a nie zniknie – przekazała agencji AFP Ammon.

„Wydaje się, że bardzo dobrze zaadaptował się on w środowisku ludzkim. Musimy więc przygotować się na to, że z nami zostanie. Nie byłby to pierwszy wirus, który pozostanie z nami na zawsze, więc nie jest to jego niezwykła cecha” – podkreśliła.

Jak informuje Business Insider Polska, naukowcy obserwują z niepokojem, że koronawirus staje się coraz trudniejszym przeciwnikiem: mutuje, a jego kolejne warianty są bardziej zaraźliwe, mogą być też odporne na obecnie dostępne szczepionki. Oczywiście przygotowanie nowych szczepionek, i to w krótkim czasie, jest obecnie możliwe – ale już na pewno nie jest możliwe zaszczepienie większości populacji za każdym razem, gdy pojawi się nowy wariant koronawirusa.

Naukowcy zawsze obawiali się, że pojawi się nowy koronawirus, który będzie bardziej zakaźny i śmiercionośny niż znane dotychczas cztery inne ludzkie koronawirusy. Te już znane nie wywoływały pandemii i nie prowadziły do zgonów, bo wywołują jedynie objawy przypominające zwykłe przeziębienie. No i pojawił się SARS-CoV-2, który był wszystkim tym, czego naukowcy się obawiali.

Pomimo tej niepewności, większość naukowców zaakceptowała niewygodną prawdę: koronawirus prawdopodobnie na zawsze pozostanie częścią naszego życia, choć faza pandemii w końcu kiedyś się zakończy. Naszą nadzieją jest to, że zamieni się on w łagodną, grypopodobną chorobę, a nie w śmiertelne, długoterminowe zagrożenie.

LAWINA W TATRACH!

Pod Kopą Kondracką w Tatrach lawina porwała troje polskich skialpinistów. Jeden z nich zdołał wydostać się spod śniegu i wezwać pomoc, dwie pozostałe osoby nie żyją.

Informację o tragedii potwierdziło Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe. Ponieważ lawina zniosła narciarzy na słowacką stronę Tatr, akcję w sobotę prowadził tamtejszy odpowiednik TOPR-u, Horská Záchranná Služba.

Porwani przez lawinę narciarze zostali zniesieni o blisko kilometr, do Doliny Cichej.

Z informacji uzyskanej od ratowników TOPR można przypuszczać, że lawina mogła zejść w sobotę około godz. 13., jednak z powodu słabego zasięgu sieci w tym miejscu informacja dotarła do centrali ratowniczej dopiero około godziny 20.

Jak czytamy w komunikacie Horskiej Zachrannej Służby (słowacki odpowiednik GOPR) na miejsce wypadku, na skuterach śnieżnych i dalej na nartach, udali się zawodowi ratownicy górscy i ochotnicy z Tatr Zachodnich i Wysokich wraz z psami szkolonymi do poszukiwań w lawinach.

Ratownicy za pomocą sond i detektorów lawinowych przeszukali lawinisko i natrafili na dwie zasypane osoby. Niestety skiaplinistów nie udało się uratować.

Ratownicy rozpoczęli poszukiwania trzeciego narciarza – tego, który powiadomił o lawinie. Dopiero nad ranem dowiedzieli się od polskich kolegów, że narciarz żyje i sam dotarł przez grań do schroniska na Hali Kondratowej.

Mężczyzna, przy pomocy detektora lawinowego, próbował sam odnaleźć pod śniegiem kolegów, ale bezskutecznie. Ponieważ nie mógł połączyć się powtórnie z ratownikami, postanowił przejść na polską stronę i tam szukać pomocy. Do schroniska na Hali Kondratowej dotarł około 2 w nocy. Nie odniósł żadnych poważnych obrażeń, był tylko wychłodzony.

ADRIANNA BIEDRZYŃSKA W PRZESZŁOŚCI ZOSTAŁA PORWANA!

Na początku października 2006 r. z Adrianną Biedrzyńską skontaktowała się Monika G. i poinformowała, że 22-23 października w Złotym Potoku organizowany jest konkurs recytatorski. Zaprosiła aktorkę do jury, zaoferowała 1000 zł wynagrodzenia. Biedrzyńska zgodziła się. W lipcu była jedną z gwiazd Jurajskiego Lata Filmowego, które odbywało się w Złotym Potoku. Znała też hotel Kmicic, w którym zarezerwowano pokój dla niej i jej córki Michaliny.

W sobotę, 21 października Biedrzyńska z córką zameldowały się w hotelu. Przywitano ją bukietem róż. Następnego dnia koło południa Monika G. poprosiła aktorkę, żeby pojechała z nią do głównego organizatora, by podpisać umowę o honorarium. Biedrzyńska została zawieziona do jednego z domków letniskowych w Złotym Potoku.

Położony na górce, na samym końcu ul. Sikorskiego domek miał dwa pokoje, w tym jeden z kominkiem i wielką zadaszoną werandę. Czekał w nim Andrzej G. Gdy aktorka weszła do domku, mężczyzna… wyjął i schował klamki. Potem zaprosił Biedrzyńską do suto zastawionego stołu, wyznał, że jest wielbicielem jej talentu, ujawnił, że obchodzi 50. urodziny, a ona jest jego „prezentem”. Mówił, że w życiu kocha tylko dwie kobiety. Matkę boską i Adriannę.

Przez 7 godzin opowiadał jej swój życiorys. Około 22 przerażona aktorka poprosiła, by ją uwolnił, bo w hotelu całkiem samo zostało jej dziecko. 

W poniedziałek rano Biedrzyńska zjawiła się w komisariacie w Koniecpolu i złożyła zawiadomienie o przestępstwie. Policja zatrzymała Andrzeja G. w domku, w którym „gościł” aktorkę.

„Uwolnijcie syna od zarzutów. On jest psychiczny. Leczony był. Darujcie mu, bo się załamie. Przecież nic złego nie zrobił, nikogo nie zabił” – zaapelowała Irena G., matka zatrzymanego mężczyzny.

Adrianna Biedrzyńska zgłosiła sprawę na komisariat w Koniecpolu. Szybko przyprowadzono tam również Andrzeja G., który zapierał się, że… to Biedrzyńska chciała spotkania i do wszystkiego doszło z jej inicjatywy.

BYŁY POLICJANT MOLESTOWAŁ I MALTRETOWAŁ DZIECI!

Do ujawnienia przestępstw, których dopuścił się Piotr B. doszło dzięki odwadze jego pierwszej ofiary, Katarzyny W. Dorosła już kobieta postanowiła zawiadomić organy ścigania, gdy dotarły do niej informacje o krzywdzie, której doznawać mogą kilkuletnie dzieci Piotra B. z kolejnego związku.

Podejrzeniami podzielili się z nią przyrodni bracia (wspólne dzieci jej matki i B.), którzy odwiedzając dom rodzinny policjanta z przerażeniem obserwowali jak traktowani są mieszkający tam chłopcy. Ustalono, że dzieci były bite rękoma, ścierkami, kapciami, kilkuletnich wówczas chłopców rodzice zamykali w piwnicy, zmuszali ich do wielogodzinnego stania w kącie. Chłopcy byli także głodzeni albo przymusowo karmieni.

Wcześniej bałam się powiedzieć, co mi zrobił, bo wiedziałam, że jest policjantem, ma układy. Myślałam, że nikt mi nie uwierzy. Ale jak bracia opowiedzieli mi, co tam się dzieje, wiedziałam, ze muszę coś z tym zrobić. Długo szukałam miejsca, w którym mogłabym złożyć zawiadomienie. Wiedziałam, że mam tylko swoje słowo przeciwko jego – powiedziała w piątek po ogłoszeniu wyroku Katarzyna W. w rozmowie z Polską Agencją Prasową. Dodała, że jej zdaniem „wszyscy wiedzieli”, co dzieje się w domu Piotra B., bo dzieci często przychodziły do przedszkola głodne i pobite, ale „nikt nic nie zrobił”.

Piotrowi B. udowodniono również, że co najmniej od 2013 r. wspólnie i w porozumieniu z żoną Agnieszką B. znęcał się nad ich wspólnymi dziećmi, urodzonymi w 2011 i 2012 r. Z materiałów zabezpieczonych w toku śledztwa wynika, że były policjant nakłaniał swoją żonę do obcowania z ich pierworodnym synem, co rejestrował kamerą i aparatem fotograficznym. Prokuratura ujawniła zdjęcia i nagrania, na których udokumentował cierpienie dziecka. Informator Polskiej Agencji Prasowej twierdzi, że filmy, które posiadał Piotr B., cechowała wyjątkowa brutalność.

Proces toczył się z wyłączeniem jawności, ale jak ustaliła Polska Agencja Prasowa, główny oskarżony nie przyznał się do winy ani w toku śledztwa, ani przed sądem. Agnieszka B. miała umniejszać swoją rolę w przestępstwie, mówiła o tym jako o „jednorazowym incydencie”, do którego miał zmusić ją mąż.

W piątek 12 lutego br., po przeprowadzeniu ponad dwudziestu rozpraw, sędzia Maria Łukomska wydała wyrok w tej sprawie. Sąd uznał oskarżonych za winnych zarzucanych im przez prokuraturę czynów. Uniewinniła Piotra B. od jednego zarzutu dotyczącego posiadania pornografii dziecięcej w 2006 r. i dokonała kosmetycznej korekty w opisie kilku czynów.

Agnieszka B. została skazana na karę łączną 8 lat bezwzględnego pozbawienia wolności, a na poczet kary sąd zaliczył jej czas, który spędziła w areszcie – w sumie prawie 3,5 roku. Kobieta ma także zakaz kontaktowania się z molestowanym synem przez 10 lat od uprawomocnienia się wyroku i zakaz zbliżania się do niego na 100 m. Z drugim chłopcem nie może kontaktować się przez 7 lat. Agnieszka B. ma wypłacić chłopcom „zadośćuczynienie za doznane krzywdy” – starszemu 30 tys. zł., a młodszemu 10 tys. zł.

WJECHAŁ SAMOCHODEM NA ZAMARZNIĘTE JEZIORO, LÓD NIE WYTRZYMAŁ.

Do zdarzenia doszło w piątek 12 lutego około godziny 9 rano. 56-letni mieszkaniec Gdyni postanowił wjechać land roverem na zamarzniętą taflę Jeziora Choczewskiego, znajdującego się na północny-zachód od Wejherowa. Ciężar terenówki okazał się zbyt wielki dla obecnej na jeziorze warstwy lodu i po przejechaniu przez mężczyznę około 20 metrów ta po prostu się załamała.

Niefrasobliwy kierowca słono zapłacił za swój błąd, ale i tak może mówić o dużym szczęściu. Udało mu się opuścić samochód i o własnych siła wyjść na brzeg. Terenówka osiadła na dnie, zanurzając się aż po dach. Gdyby mieszkańcowi Gdyni nie udało się oswobodzić, byłaby to jego ostatnia przejażdżka. Policja w Gniewinie, która otrzymała zgłoszenie o zdarzeniu, prawdopodobnie nie zdążyłaby na czas.

Lasy państwowe napisały:

„Ktoś wjechał samochodem na zamarznięte jezioro w #NadleśnictwoChoczewo, niestety lód nie wytrzymał i auto poszło na dno

Szczęśliwie wszyscy są cali ,ale apelujemy o rozwagę! Lód pod grubym śniegiem wcale nie jest tak mocny jak się wydaje,a takie pomysły są szalenie niebezpieczne!”

Również mundurowi apelują o ostrożność. Choć w ostatnich dniach doskwiera nam mróz, warstwa zamarzniętej wody nie wszędzie jest tak gruba, jak można byłoby sądzić. Jak instruuje policja, w razie zauważenia, że pod kimś załamał się lód, należy w pierwszej kolejności wezwać pomoc. Jeśli zaś w zasięgu mamy długą gałąź, szalik czy linę, możemy podjąć próbę podczołgania się do ofiary i podać ofierze drugi koniec, by łatwiej wydostała się z opresji.

WYBUCH W CENTRUM HANDLOWYM!

Wybuch gazu w centrum handlowym we Władykaukazie, w rosyjskiej Osetii Północnej. Eksplozja zniszczyła całkowicie budynek centrum handlowego; doszło prawdopodobnie do wybuchu gazu. Eksplozja nastąpiła rano w piątek, gdy w sklepach nie było ludzi. Spod gruzów uratowano pracownika ochrony.
Eksplozja zniszczyła całkowicie trzykondygnacyjny budynek, który – jak podały służby ratownicze – złożył się jak domek z kart. Na parterze znajdował się duży supermarket spożywczo-przemysłowy, na wyższych piętrach były biura i gabinet stomatologiczny.

Wybuch nastąpił rano, gdy sklepy były jeszcze zamknięte. Uratowany pracownik ochrony powiedział, że był sam w budynku. Wcześniej ratownicy nie wykluczali, że wewnątrz mógł być też ktoś ze sprzedawców.

Na miejscu nadal pracują służby ratownicze.

Będą badania przesiewowe noworodków pod kątem SMA. Świetna wiadomość

Polsat News podał bardzo ważną informację. Prezes Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji pozytywnie rozpatrzył włączenie badań wykrywających rdzeniowy zanik mięśni do narodowego programu badań przesiewowych u noworodków. Warto podkreślić, że jeszcze w grudniu decyzja ta była negatywna.

O dołączenie SMA do badań przesiewowych walczyło wiele firm i przedsiębiorstw, w tym fundacja Polsat. Nową opinię prezesa AOTMiT datuje się na 8. lutego.

Rada Przejrzystości Agencji Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji dała zielone światło na wprowadzenie badań przesiewowych noworodków pod kątem występowania rdzeniowego zaniku mięśni.

– Przedmiotem opinii Rady był projekt zmian w zapisach programu polityki zdrowotnej dotyczącego badań przesiewowych noworodków. Projekt jest zmienioną wersją poprzednio ocenianego projektu (ocenionego negatywnie) Zmiany w proponowanej wersji projektu odnoszą się do rozszerzenia panelu badań przesiewowych noworodków o badania w kierunku rdzeniowego zaniku mięśni (SMA)- czytamy w opinii Prezesa AOTMiT.

– Z ogromną radością przyjęliśmy wczorajszą pozytywną opinię AOTMiT – podkreśla Dorota Raczek z Fundacji SMA. – Ta decyzja to szansa na uratowanie ok. 50 dzieci rocznie przed ciężką niepełnosprawnością, a ich rodziny przed jej skutkami. Fundacja SMA już od kilku lat pracowała nad wprowadzeniem badań przesiewowych pod kątem SMA w naszym kraju. Nasze działania nabrały tempa po ogłoszeniu refundacji w 2019 roku, był to przełomowy moment dla całego środowiska SMA w Polsce.W roku 2020 wprowadzenie badań przesiewowych było naszym głównym celem i mimo pierwszej negatywnej opinii i rekomendacji nie ustawaliśmy w działaniach.

To może Cię zainteresować:  Tata znalazł list 16-letniej Kasi, która uciekła z domu. Omal nie dostał zawału, gdy go czytał

WYBUCH NA STACJI PALIW W SOSNOWCU!

Jak poinformowała rzeczniczka śląskiej straży pożarnej mł. bryg. Aneta Gołębiowska, do wybuchu w jednym z pomieszczeń stacji paliw przy ul. Braci Mieroszewskich w Sosnowcu doszło krótko przed północą. W akcji uczestniczyło 15 zastępów strażackich.

„W wyniku wybuchu zawaliły się dwie ściany budynku stacji. Dwóch pracowników odniosło obrażenia – z poparzeniami zostali zabrani do szpitala. Działania strażaków polegały na ugaszeniu pożaru i przeszukaniu budynku stacji” – powiedziała rzeczniczka.

Do akcji przystąpiły psy ratownicze Piorun z przewodnikiem Tomaszem Duda (Border Coli) i Gary (labrador retriever) z przewodnikiem Jerzy Herma (Sekcja Poszukiwawcza z Psami Ratowniczymi OSP Wieprz). Okazało się, że na terenie stacji nie było klientów. Działania zakończono nad ranem.

Przyczyny wybuchu nie są na razie znane. Okoliczności wypadku ma wyjaśnić policyjne śledztwo. Prawdopodobnie potrzebna będzie także opinia biegłego z zakresu pożarnictwa. Zniszczony budynek stacji jest zabezpieczany

SZCZEPIONKA ASTRAZENECA!

Sposób szczepień preparatem AstraZeneca może być inna niż w przypadku Pfizera – pisze „Dziennik Gazeta Prawna”.

Jak czytamy, dziś wieczorem do Polski ma dotrzeć 145 tys. szczepionek firmy AstraZeneca, co oznacza, że jeszcze w tym tygodniu mogą się rozpocząć szczepienia nauczycieli. Być może w odróżnieniu od preparatu Pfizera, który ma być podawany medykom oraz osobom po 60. roku życia, pedagogom zostaną podane wszystkie dawki, bez odkładania połowy z nich na potrzeby drugiego szczepienia.

Grupa ekspertów z WHO przekazała, że badania tej szczepionki na COVID-19 miały na celu ocenę jej skuteczności we wszystkich postaciach nasilenia choroby. Jednak „niewystarczająca liczebność osób podczas prób nie pozwoliła na dokładną ocenę skuteczności szczepionki w ciężkich formach COVID-19” – „Mimo to WHO obecnie zaleca stosowanie szczepionki AZD1222 (…), nawet jeśli w danym kraju występują nowe warianty koronawirusa”.

Szczepionka na COVID-19 firmy AstraZeneca i Uniwersytetu Oksfordzkiego może być podawana osobom powyżej 65. roku życia – takie zdanie wyraził w środę panel ekspertów Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) ds. szczepień!

WHO przekazało, że najprawdopodobniej zatwierdzi szczepionkę.

„Każdego dnia tysiące ludzi w wielu krajach świata umiera z powodu infekcji” – przekazał Alejandro Cravioto przewodniczący Strategicznej Grupy Doradczej Ekspertów ds. Szczepień (SAGE). Dodał on, że „uzasadnione jest zatem wszystko, co możemy zrobić, aby użyć produktu mogącego pomóc, nawet jeśli informacje (…) nie są tak dokładne, jak byśmy chcieli”.

„W przypadku preparatu AstryZeneki, jak się dowiedział DGP, rząd planuje znacznie dłuższą przerwę między dawkami. Może ona wynosić nawet 10–12 tygodni. To oznacza, że pierwsi nauczyciele drugą szczepionkę otrzymają dopiero na przełomie maja i czerwca” – czytamy.

Powodem odmiennej strategii niż w przypadku stosowanych już preparatów mają być wyniki badań prowadzonymi nad skutecznością szczepionki AstryZeneki.

Badanie opublikowane w „The Lancet” wykazało, iż po podaniu pierwszej dawki skuteczność tej szczepionki wynosi 76 proc. w okresie ok. trzech miesięcy. Jednakże po podaniu drugiej dawki skuteczność ta wzrasta do 82,4 proc. Jeżeli drugą dawkę poda się szybciej – np. po sześciu tygodniach – skuteczność wynosi zaledwie 54,9 proc.

UWAGA! POWRÓT ZIMY! BARDZO NISKIE TEMPERATURY!

„Prognozowany jest również wzrost natężenia opadów, a przez to też tempo przyrostu pokrywy śnieżnej. Opady śniegu miejscami (zwłaszcza w pasie od Dolnego Śląska i Opolszczyzny po Ziemię Świętokrzyską i pogranicze Lubelszczyzny i Podkarpacia) będą o natężeniu umiarkowanym, okresami silnym, powodując przyrost pokrywy śnieżnej o około 5-8 cm/3 godziny” – informuje IMGW.

Na południu województw: śląskiego, małopolskiego i podkarpackiego od wielu godzin utrzymują się opady marznącego deszczu, powodującego gołoledź. Opady te również okresami mają umiarkowane natężenie. Strefa opadów marznących stopniowo będzie się przemieszczać na północ – zagrożone nimi będzie pozostałą część woj. małopolskiego, podkarpackiego, a także częściowo śląskiego. Opadom nadal będzie towarzyszył porywisty wiatr, miejscami powodujący zawieje i zamiecie śnieżne” – ostrzega instytut.

Najzimniej będzie na północnym wschodzie, gdzie temp. maksymalna wyniesie -12 stopni Celsjusza. Część Polski nawiedziła już wielka śnieżyca.

W poniedziałek spodziewany jest także umiarkowany i dość silny wiatr, którego porywy osiągną do 65 km/h. Będzie to wiatr wschodni i północno-wschodni. Dość silnie powieje także nad morzem, gdzie prędkość wiatru osiągnie 35-45 km/h, w porywach do 70 km/h. Jak prognozuje IMGW, wiatr będzie powodował miejscami zawieje i zamiecie śnieżne.

Ostrzeżenia najwyższego – trzeciego stopnia – wydano dla Lubelszczyzny – tam może spaść nawet 45 centymetrów śniegu. Około 30 centymetrów białego puchu spadnie w województwach: śląskim, małopolskim, świętokrzyskim i podkarpackim.

– Na północy kraju ostrzeżenia dotyczą dużego spadku temperatury – przypomina Grzegorz Walijewski. 

Ostrzeżenia obejmują wschodnią część województwa zachodniopomorskiego, północ województwa wielkopolskiego, województwo pomorskie, kujawsko-pomorskie, warmińsko-mazurskie, podlaskie i północną część województwa mazowieckiego. Według prognoz na północy Polski termometry pokażą nawet minus 23 stopnie Celsjusza.

DZIK WPAROWAŁ DO DOMU MIESZKALNEGO!

Do tego zdarzenia doszło w piątek około godziny 14 na wrocławskich Maślicach. Jak opisuje portal gazetawroclawska.pl, dzik dostał się na teren jednej z posesji a później rozbijając drzwi tarasowe wbiegł do środka domu.

Zwierzę było w furii, samo poraniło się od rozbitej szyby. W środku mieszkania była kobieta, która chciała wygonić dzika na zewnątrz.

O akcji z dzikiem w rozmowie z „Gazetą Krakowską” opowiedział syn kobiety, która została zaatakowana przez zwierzę.

Dramat rozegrał się w ogrodzie, gdzie prawdopodobnie mama próbowała go przegnać i otworzyć z powrotem zatrzaśniętą furtkę, żeby dzik mógł uciec. Tam ją pokiereszował, było dużo śladów krwi: na trawie, na murku, na furtce – relacjonował.

Poranioną kobietę znaleźli w ogrodzie przechodnie. Na miejscu pojawili się ratownicy medyczni, którzy udzielili pomocy poturbowanej kobiecie i powiadomili jednego z synów ofiary. W czasie ataku dzika sąsiedzi słyszeli hałas, ale nie reagowali, ponieważ myśleli, że dobiega on z miejsca, w którym w pobliżu prowadzony jest remont. Po ataku dzika mieszkanka ma wiele ran ciętych, niektóre głębokie, złamany nos i stłuczenia.

Widziałem skutki tego ataku, ale wciąż nie dowierzam – mówi syn poszkodowanej. Jak informuje, mama, jak na to, co przeszła i doznane obrażenia, czuje się dobrze.

NIE ŻYJE KRZYSZTOF KOWALEWSKI!

Informację o śmierci aktora potwierdził PAP dyrektor Teatru Współczesnego w Warszawie Maciej Englert.

Krzysztof Kowalewski urodził się 20 marca 1937 roku. Był synem znanej przedwojennej aktorki Elżbiety Kowalewskiej. Był absolwentem warszawskiej PWST. Zagrał około 100 ról filmowych w polskich filmach i serialach.

Na filmowym ekranie zadebiutował w 1960 w filmie Aleksandra Forda „Krzyżacy”. Wystąpił w około 120 filmach i serialach telewizyjnych. Zagrał ponad tysiąc ról w Teatrze Polskiego Radia. Wieloletni wykładowca PWST w Warszawie.

Kowalewski był jednym z ulubionych aktorów Stanisława Barei. Grał w „Nie ma róży bez ognia”, w „Brunecie wieczorową porą”, w „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”. Wystąpił też w „Misiu”.

Widzowi mogli go też podziwiać na deskach teatrów: Klasycznego, Dramatycznego, Polskiego, Studenckiego Teatru Satyrków, Kwadrat oraz Teatru Współczesnego w Warszawie. 

Kowalewski jest również znany słuchaczom radiowym jako Pan Sułek w satyrycznym słuchowisku radiowym autorstwa Jacka Janczarskiego pt. „Kocham Pana, Panie Sułku”.

W jednym z wywiadów Krzysztof Kowalewski pytany o najważniejszą cechę w zawodzie aktora odparł: „talent to jest coś, z czym się człowiek rodzi, albo nie. Załóżmy, że mówimy o aktorze utalentowanym. Wtedy niewątpliwie równolegle z talentem idzie pracowitość. Jeśli nie ma pracowitości, precyzji, to na dłuższą metę niewiele można osiągnąć”.

UDAR PO COVID!

Nowe badanie sugeruje, że jedna na osiem osób, u których wykryto COVID-19, zdiagnozowano również pierwszą chorobę psychiatryczną lub neurologiczną. Następowało to w ciągu sześciu miesięcy od pozytywnego wyniku testu na obecność wirusa.

Odkrywane są kolejne dowody, które podkreślają, że nie można ignorować zdrowia psychicznego i zaburzeń mózgu w przypadku zakażenia się COVID-19.
U jednej na osiem osób, zarażonych koronawirusem, dochodzi do rozpoznania choroby psychiatrycznej lub neurologicznej w ciągu pierwszych sześciu miesięcy.
COVID-19 może współwystępować z psychozą i demencją 

Lekarze nie mają wątpliwości! Zakażenie koronawirusem zwiększa ryzyko udaru mózgu, szczególnie u młodych pacjentów. Co więcej, neurolodzy z różnych państw coraz częściej alarmują o przypadkach pacjentów z udarem, którzy nie mieli typowych objawów zakażenia koronawirusem ze strony układu oddechowego, dopiero wynik testu wykazał, że są „dodatni”.

Okazało się, że w przypadku osób, które w przeszłości zmagały się z chorobami psychicznymi, ryzyko nawrotu występuje pośród 1/3 badanych chorych na COVID-19. Idąc dalej w analizie badań, u jednego na dziewięciu pacjentów zdiagnozowano takie choroby, jak depresja lub udar, mimo że nie poszli do szpitala, gdy zachorowali na COVID-19, co było zaskakujące – podkreślił główny autor, dr Max Taquet z wydziału psychiatrii Uniwersytetu Oxford.

„Zauważyliśmy, że wirus ma tendencję do tworzenia skrzepów, które mogą blokować przepływ krwi do mózgu. Udar wydaje się być również opóźnionym efektem COVID. Silna tendencja do krzepnięcia krwi może utrzymywać się przez kilka tygodni po ustąpieniu COVID” – wyjaśniał w rozmowie z ETHealthworld dr Pramod Krishnan


 Śmiertelność u pacjentów z udarami z COVID jest bardzo wysoka. U mnie na oddziale to było ok. 40 proc., a nie wszyscy pacjenci byli w bardzo ciężkim stanie. Często odwołujemy się do tych chorób współistniejących, ale udar nie zawsze jest śmiertelny. Część z tych pacjentów, gdyby nie była zakażona koronawirusem, nie miałaby prawa umrzeć z powodu udaru – mówi Prof. Kobayashi

500 PLUS OD MOMENTU POCZĘCIA?

W ostatnich dniach media obiegły informacje o realizacji programu 500 plus już od momentu poczęcia dziecka. Ludzie, którzy walczą o takie świadczenia motywują swoją prośbę fragmentem nowego zapisu „TK”, który brzmi:

„życie ludzkie, byt człowieka zaczyna się od chwili poczęcia; nawet jeżeli w pewnej fazie rozwoju życie człowieka zależy od życia matki, od organizmu matki, dziecko poczęte nie może być traktowane jedynie jako »fragment« organizmu matki – jest bytem, podmiotem odrębnym wobec matki”.

Poseł Lewicy Marek Rutka zwrócił się do ZUS o wypłatę dodatkowych 4500 zł w ramach programu 500 plus. To niewypłacone świadczenie od czasu poczęcia do dnia narodzin córki. – Jeśli Trybunał stwierdza, że od momentu poczęcia to jest już człowiek, a nie płód, to przysługują mu określone prawa. Także i świadczenia finansowe – tłumaczy w rozmowie z Onetem.

We wtorek Rutka złożył wniosek do oddziału ZUS w Gdyni. – Paniom opadły szczęki. Usłyszałem tam jednak, że muszę złożyć to pismo do urzędu miasta w Gdyni. Dokument został wysłany – relacjonuje

– Można powiedzieć, że to uzasadnienie Trybunału jest mało żartobliwe. Moim celem jest zwrócenie uwagi, że wszystkie decyzje władzy pociągają określone skutki – mówi poseł.

Nie ma oficjalnej odpowiedzi rządu na ten temat.

RYDZYK ŻALI SIĘ NA OBOSTRZENIA!

Audycja zaczęła się nietypowo, bo od kilkunastominutowego odczytania artykułu „Kościół bez Eucharystii umiera”, który ukazał się w „Naszym Dzienniku”. Zamieszczono w nim szereg cytatów, w których sugerowano nawet, że pandemiczne ograniczenia w liczbie wiernych w kościołach mogą być dziełem szatana, a młodzi ludzie, którzy stosują się do zaleceń i nie chodzą w tym czasie na msze, są po prostu leniwi.

– Ateiści zrobią wszystko, żeby wyrwać ludzi z kościoła. To jest diabeł, Szatan. Proszę zobaczyć, jak Szatan rozlewa tę swoją działalność. Przecież to, co jest na ulicach, ta wulgarność, to są orgie satanistyczne – mówił w „Rozmowach niedokończonych” na antenie Radia Maryja dyrektor tej stacji o. Tadeusz Rydzyk

Ojciec Rydzyk uważa, że ateiści „zrobią wszystko, by wyrwać ludzi z Kościoła”. – Proszę zobaczyć, jak Szatan rozlewa tę działalność. Przecież to, co jest na ulicach, ta wulgarność, to są orgie satanistyczne. To Szatan. Dlatego tak ważne, żeby ci ludzie się modlili. Modlitwa, eucharystia – to zatrzymuje Szatana, on tego się boi – mówił na antenie rozgłośni.

Rydzyk apelował, by modlitwy przez internet „zostawić tym, którzy chodzić nie mogą”, a wiernym jeśli nie mogą lub nie chcą uczestniczyć w mszach w niedzielę, by modlili się w świątyniach w inne dni tygodnia.

Mimo że z pandemią walczymy już blisko rok i z jej powodu zmarły już tysiące Polaków, głównie starszych, ojciec Tadeusz Rydzyk wciąż ma problem z zaakceptowaniem zakazów, które mają na celu ograniczenie rozprzestrzeniania się koronawirusa. Obostrzenia dotyczące kościołów krytykował już w maju ubiegłego roku. 

POD CHMARĄ JELENI ZAŁAMAŁ SIĘ LÓD!

Strażacy uratowali 15 jeleni z chmary, pod którą załamał się lód. Zwierzęta w środę wpadły do jeziora w miejscowości Ścienne w gminie Ińsko. Pierwszy raz widziałem taką liczbę zwierząt pod lodem, a pracuję w zawodzie ponad 24 lata – powiedział strażak kierujący akcją.

Przypomnijmy. Do dramatycznej sytuacji doszło wczoraj przed godziną 16. Strażacy dostali wezwanie do miejscowości Ścienne, gdzie chmara jeleni wbiegła na zamarzniętej jezioro Ińsko. Pod ciężarem zwierząt lód nie wytrzymał, a kilkadziesiąt z nich wpadło do wody. Jak poinformował rzecznik Komendy Powiatowej PSP w Stargardzie mł. kpt. Rafał Matysik, strażakom nie udało się uratować 13 zwierząt, a kolejnych osiem, także martwych, pozostawiono w wodzie.

Akcja trwała kilka godzin. Strażakom udało się uratować 15 jeleni. Te, które przeżyły, pobiegły prosto do lasu.- Przeżyły te najsilniejsze. Trzeba pamiętać, że jelenie mają grubą sierść, która zapewnia im izolację. Dopiero długie przebywanie w wodzie powoduje, że sierść przemaka i wtedy może dojść do hipotermii. Tak było w tym przypadku. Przeżyły te najsilniejsze osobniki

Zdaniem myśliwych i leśniczych to człowiek jest winny śmierci zwierząt. – Jelenie mają silny instynkt samozachowawczy. Same nie weszłyby na zamarznięte jezioro. Musiało je coś sprowokować. Od kilku lat w tej porze roku problemem są poszukiwacze, którzy polują na poroża jeleni. Ganiają zwierzęta licząc, że uciekając przez np. zagajniki strącą to poroże – dodaje leśniczy.

Faktycznie, ten wątek pojawia się także wśród samych zbieraczy. Wczoraj, tuż przed zdarzeniem, na jednej z grup dotyczącej „zrzutów jeleni” w Zachodniopomorskiem pojawiły się zdjęcia chmary jeleni.

– Jesteśmy w posiadaniu takiej informacji – przyznaje w rozmowie z Onetem podkom. Krzysztof Wojsznarowicz. – Prowadzimy czynności, aby wyjaśnić, czy faktycznie możemy mówić tutaj o czynniku ludzkim – dodaje.

MORAWIECKI POMAGA!

W połowie stycznia na świat w szpitalu przy Polnej w Poznaniu na świat przyszły pięcioraczki. Z danych statystycznych wynika, że pięcioraczki rodzą się raz na 40 milionów ciąż. Było to więc bardzo wyjątkowe wydarzenie. Wyjątkowe, ale również bardzo obciążające dla rodziców. Ci nie zostali bez pomocy.

Hanna Sobolewska i Mikołaj Białecki zostali rodzicami pięcioraczków. Rodzice, chcąc jak najlepiej przygotować się na przywitanie maluchów na świecie, uruchomili internetową zbiórkę pieniędzy. Środki miały posłużyć między innymi na kupno dużego, 7-osobowego samochodu. Teraz do pomocy włączył się Mateusz Morawiecki.

Na los młodych rodziców nie pozostał obojętny Mateusz Morawiecki. Obiecał przekazać rodzinie potrzebne auto.  – Dziękujemy panu premierowi za pomoc. Będziemy tym autem dojeżdżać do specjalistów i na rehabilitację – mówią dla „Super Expressu” rodzice pięcioraczków.

Jak podaje dziennik, o tym, że rodzice powitają na świecie pięcioraczki dowiadywali się stopniowo. – Najpierw miały być bliźniaki, potem dowiedzieliśmy się o czwórce dzieci, a dopiero na końcu o pięcioraczkach – mówią rodzice w rozmowie z „SE”.

– Serdecznie gratulujemy dumnym rodzicom! Mamy świadomość, że przed nimi wiele wyzwań. Istotną częścią codziennego życia rodziny jest logistyka i transport. Aby im to ułatwić, przekazujemy komfortowy samochód – mówi Małgorzata Głębicka, prezes Fundacji PKO Banku Polskiego. – To nie pierwsze takie działanie. PKO Bank Polski i jego Fundacja podejmuje wiele inicjatyw i projektów wspierających polskie rodziny, którym można poprawić komfort życia. Wcześniej m.in. przekazała samochody rodzicom krakowskich sześcioraczków oraz podopiecznym Domu Dziecka w Kłobucku – dodaje.

ODMRAŻANIE GOSPODARKI!

Hotele i szkoły, ale również teatry, kina, a nawet baseny – to miejsca, o których w ostatnich dniach rozmawiali przedstawiciele rządu i eksperci przy premierze Mateuszu Morawieckim

Za luzowaniem w turystyce jest od dawna wicepremier i szef resortu rozwoju, pracy i technologii Jarosław Gowin, ale w rządzie są też przeciwnicy tego wariantu. Z kolei minister zdrowia Adam Niedzielski stoi na stanowisku, że zmiany obostrzeń powinny być bardzo delikatne – choć mogą być cykliczne.

Eksperci doradzający premierowi debatowali w ostatnim czasie między innymi nad otwieraniem teatrów i kin. Oczywiście od pierwszego dnia nie wróciłyby pełne sale, a możliwe byłoby np. tylko 25-procentowe obłożenie. Jednocześnie wizyta w tych miejscach wiązałaby się z zasłanianiem ust i nosa oraz zakazem spożywania posiłków (co jest dość częste w kinach).

Dowody na potrzebę działania w ostrzejszym reżimie sanitarnym przyszły z… otwartych muzeów. W ostatnich dniach były one po prostu oblegane. Kolejka przed Muzeum Narodowym w Warszawie utrzymywała się nawet podczas deszczu.

Na ewentualnej liście do otwierania są również takie miejsca jak baseny (również w mocnym reżimie sanitarnym, do rozstrzygnięcia jest kwestia obłożenia szatni), korty tenisowe i inne miejsca uprawiania sportu bezkontaktowego.

Dziennik podaje, że są to wnioski płynące z prognoz naukowców Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania UW.

„Szacunki matematyków pokazują też, że otwarcie szkół dla najmłodszych uczniów spowolniło spadek zakażeń. Liczba przypadków koronawirusa jest większa niż zakładano” – czytamy. Według dziennikarzy „DGP” z modeli, które brały pod uwagę powrót do ławek klas I–III, wynikało, że „dziennie powinno być do 4,6 tys. przypadków pod koniec stycznia, a obecna średnia to 5,3 tys.”. „W marcu czeka nas jeszcze większy wzrost. To efekt posłania dzieci do szkół oraz rozluźnienia dyscypliny społecznej” 

JESTEŚCIE ZA ODMRAŻANIEM GOSPODARKI?

POLITECHNIKA WARSZAWSKA PRACUJE NAD SZCZEPIONKĄ!

„Jesteśmy biotechnologami, więc zaraz po tym, kiedy pojawił się problem z nowym wirusem – wczesną wiosną ubiegłego roku – ruszyliśmy z pracami nad szczepionką. Firmy farmaceutyczne wydały na swoje szczepionki setki milionów dolarów. My mieliśmy mniejsze środki – od rektora Politechniki Warszawskiej – więc nasze prace siłą rzeczy trwały trochę dłużej” – mówi w rozmowie z PAP prof. Tomasz Ciach z Wydziału Inżynierii Chemicznej Politechniki Warszawskiej. I dziękuje rektorowi za finansowanie badań.

Prof. Ciach to kierownik pracującego nad szczepionką zespołu naukowców z Politechniki Warszawskiej i innych uczelni oraz instytucji zajmujących się badaniami genetycznymi.

Naukowcy produkują oczyszczone białko tzw. kolca koronawirusa. W reakcji na pojawienie się tego białka organizm powinien wytworzyć odpowiedź immunologiczną. Do tego białka należy dodać kolejny ważny składnik szczepionki tzw. adjuwant – wzmacniacz reakcji immunologicznej – żeby szczepionka była gotowa do badań na zwierzętach.

„O ile badania na zwierzętach uda się na PW przeprowadzić, bo są na to dodatkowe środki, o tyle do kolejnych etapów badań potrzebujemy partnera – firmę farmaceutyczną, która wspomoże nas wiedzą i doświadczeniem w zakresie formulacji szczepionek” – mówi naukowiec. Jeśli prace się powiodą i szczepionka okaże się skuteczna i bezpieczna, można będzie przejść do testów na ludziach.

Politechnika Warszawska opracowuje polską wersję szczepionki przeciw COVID-19. Ma być tania. – Cena obecnych na rynku szczepionek na wirusa Sars-CoV-2 jest tajemnicą firm, ale szacuję, że kosztują one między 10 a 30 euro za dawkę. My mamy nadzieję, że nasza szczepionka przy masowej produkcji ma szansę kosztować około 1 euro za dawkę lub mniej – powiedział w programie „Newsroom” prof. Tomasz Ciach z Politechniki Warszawskiej. Był też pytany, ile uczelnia potrzebuje pieniędzy, by szczepionka w ogóle powstała. – Nie jestem w stanie oszacować ostatecznej kwoty. To bardzo trudna sprawa. Cena jest tutaj niewiadomą. To może być kilka, a nawet 10 milionów euro, to cena wyprodukowania partii. Mam nadzieję, że można by to wyprodukować w naszym przypadku w okolicach 2 do 5 mln euro. Mowa o partii do badań klinicznych. Później będą to już mniejsze kwoty. Niestety nie dostaliśmy grantów od państwa, opieramy się na funduszach własnych, a te wystarczą nam na prowadzenie testów na zwierzętach. Później będziemy szukać innego źródła finansowania – dodał.

ILE OJCIEC RYDZYK DOSTAŁ OD RZĄDU?

Ostatnio głośno było o 60 mln zł, jakie resort kultury przeznaczył na wystawę w muzeum Pamięć i Tożsamość, która powstaje z inicjatywy ojca Rydzyka. Sprawa wzbudziła ogromne emocje, bo o tym, że tak wysoka dotacja trafi do toruńskiego muzeum dotacji nic nie wiedzieli posłowie. Sprawa wyszła na jaw dzięki rządowi. Na koniec 2020 r. opublikował on rozporządzenie z tzw. wydatkami niewygasającymi, czyli takimi, których nie udało się wykorzystać w roku budżetowym. Dzięki decyzji Rady Ministrów, dotacja będzie mogła być wykorzystana jeszcze w tym roku. Gdyby rząd nie uznał dotacji dla ojca Rydzyka jako wydatek niewygasający, pieniądze musiałyby wrócić do budżetu państwa.

Tadeusz Rydzyk na swoją działalność otrzymał od państwa już 240 mln złotych. Okazuje się jednak, że twórca Telewizji „Trwam” i Radia Maryja lekką ręką korzysta z pieniędzy, darowanych mu z budżetu państwa. Jak ujawnili dziennikarze „Faktu”, sprawie planuje przyjrzeć się bliżej poseł Koalicji Obywatelskiej, Adam Szłapka.

– Kiedy to wszystko zsumować, okazuje się, że sumy są szokujące. Instytucje publiczne przeznaczyły na działalność ojca Tadeusza Rydzyka już ponad ćwierć miliarda złotych. A to może nie być cała kwota. Wysyłam zapytania nie tylko do resortów, ale także do spółek państwowych o to, czy finansują działalność ojca Rydzyka. One jednak nie chcą udzielić mi odpowiedzi. Nie odpuszczę – przekazał w rozmowie z „Faktem” poseł Adam Szłapka z Koalicji Obywatelskiej.

ZAŁOŻENIE PROGRAMU 500 + SIĘ NIE SPRAWDZA?

Z najnowszych danych GUS wynika, że liczba ludności Polski w 2020 r. spadła o ok. 115 tys. rok do roku. Szacuje się, że liczba urodzeń w minionym roku wyniesie mniej niż 360 tys.

Z danych GUS wynika, że w I półroczu liczba nowo urodzonych dzieci była o 29 tys. mniejsza niż w analogicznym okresie roku poprzedniego. – Takie podejście może także dominować w bieżącym roku. W 2021 r. przewiduję dalszy spadek dzietności. Tym bardziej że ubywa też kobiet w wieku rozrodczym, co jest efektem zmniejszonej dzietności w latach 1983–2003 – dodaje ekspert.

Jak podaje „Rz”, dane statystyczne pokazują także, że w ubiegłym roku zawarto nieco ponad 145 tys. związków małżeńskich, tj. o 38 tys. mniej niż rok wcześniej. „To ważne, bo liczba ślubów przekłada się na urodzenia. Ponad połowa dzieci przychodzi na świat w pierwszych trzech latach małżeństwa” – czytamy.

Zdaniem prof. Szukalskiego, efekt pandemii będzie widoczny, zwłaszcza za dwa, trzy lata. – Tym bardziej że część par, które przełożyły ślub, już nie stanie na ślubnym kobiercu, bo lockdown i praca zdalna niestety sprzyjają rozstaniom – dodaje. Dziennik zauważa, że w danych GUS jeszcze tego nie widać. W 2020 r. rozwiodło się ok. 51 tys. par małżeńskich, tj. o ok. 14 tys. mniej niż rok wcześniej.