Niedawno pisaliśmy o 17-letnim chłopcu, który zmarł, ponieważ lekarze zareagowali za późno. Bartek trafił na stół operacyjny dopiero 10 godzin po tym, jak jego rodzice wezwali karetkę. Wcześniej był wożony od szpitala do szpitala.

Zanim Bartek został przyjęty do szpitala, w którym miał operację, wcześniej był w dwóch innych szpitalach. Z początku lekarze podejrzewali koronawirusa, jednak później go wykluczono. W pierwszym szpitalu nie przyjęto Bartka, ponieważ uznano, że szpital nie posiada oddziału przeznaczonego do walki z COVID-19. W następnym zrobiono mu tomografię komputerową i odesłano do kolejnego szpitala. W międzyczasie Bartek był inkubowany na parkingu szpitalnym. Minęło więc 10 godzin od wezwania pomocy, zanim Bartek trafił na stół operacyjny. Dwa dni później zmarł.

Rodzice uważają, że gdyby lekarze zareagowali szybciej,  chłopiec  by żył. Żadna z placówek jednak nie chce wziąć odpowiedzialności za śmierć nastolatka.

Po śmierci Bartka, jego rodzice przeżyli kolejną traumę.
“Zakład pogrzebowy, z którego usług korzystaliśmy, zadzwonił dzień po naszej wizycie. Powiedzieli, że nie będzie pożegnania, a ciało zostanie pochowane tylko w worku, bo zdaniem sanepidu Bartek jednak miał koronawirusa.”

Rodzice musieli dostarczyć zakładowi specjalne szpitalne zaświadczenie, by móc pochować syna godnie i w spokoju.

To może Cię zainteresować:  ‚Wilkołak’ kilka miesięcy mieszkał przy drodze. Obca kobieta podeszła do niego i odkryła coś okropnego